Dwa tygodnie pobytu w Maroku, przejechane 3 tys. km - czas na podsumowanie.
Zaczęliśmy od Casablanki i w tym mieście kończymy naszą podróż po Maroku. Wiedzieliśmy, że dużo do zwiedzania w tym mieście nie ma, a jego sława ma tak naprawdę wątłą podstawę. Ale zobaczyć trzeba...
Mogliśmy już opuścić Fez, najgorszy ze wszystkich naszych pokoi na trasie i ruszyć na północ. Dworzec autobusowy znajduje się bardzo blisko mediny, ale z pełnym obciążeniem pokonywanie stromych wzniesień to spore wyzwanie.
Z samego rana ruszyliśmy oglądać największą turystyczną atrakcje Fezu - farbiarnie. Dobrze maszerowało się o 8 rano, bo kramiki jeszcze nie otworzone, turystów nie ma i słoneczko też nie weszło na maksymalne obroty.
Siedemnaście godzin w podróży. Dobrze, że nie było dużo ludzi w autobusie i każdy miał po dwa miejsca, więc można było „zmrużyć oko”. W Fezie wzięliśmy taksę (20 DRH), a później daliśmy zarobić lokalnym drobnym przedsiębiorcom, którzy zapakowali nasze bagaże na wózek i przeprowadzili nas wąskimi uliczkami do naszego Riadu.
Ostatni dzień w Essaouirze. Wykorzystaliśmy maksymalnie jak mogliśmy naszą ostatnią dobę hotelową. Dobrze, że pozwolono nam zostawić plecaki, więc mogliśmy jeszcze swobodnie pochodzić po mieście. Zaliczyliśmy ostatnie punkty: bastion oraz targ z przyprawami.
W piątek ruszyliśmy o świcie na sesję foto. Odwiedziliśmy port i szwendaliśmy się po Medinie. Szkoda, że nie pozwalają sobie Marokańczycy robić zdjęć, więc z Magdą skupiamy się na detalach architektonicznych.