Plan wyjazdu
- Kategoria: Delhi
Pierwszy wyjazd do Indii i jak się okazało nie ostatni. Mieliśmy wszystko najlepiej zorganizowane.
Pierwszy wyjazd do Indii i jak się okazało nie ostatni. Mieliśmy wszystko najlepiej zorganizowane.
Około 2050 roku Indie mają wyprzedzić państwo środka pod względem liczby ludności (ekonomicznie nie mają najmniejszych szans), więc po pobycie w Chinach, będziemy już na tę zmianę przygotowani i powiemy, że „byliśmy” tam gdzie ludu jest najwięcej.
Drugi dzień zwiedzanie przebiegało w komfortowych warunkach, ponieważ mieliśmy wynajęty samochód. Cena takiej usługi wynosi 600 rupii, za 60 km w ciągu 6 godzin (2010r.).
Drugą atrakcją (po Złotej Świątyni) dla której warto odwiedzić Amritsar, jest ceremonia zamknięcia granicy (oficjalnie nazywana opuszczeniem flagi) z Pakistanem.
Deshnoke, małe miasteczko 30 km od Bikaneru, znane jest ze swojej świątyni, w której grasują zwierzęta z koszmarów.

Dzień zaczęliśmy od zwiedzania starego miasta ze słynnymi Havelami. Pięknie to wygląda, nawet zajrzeliśmy do środka jednego, który jest przerobiony na hotel. Pochodziliśmy uliczkami starego miasta (klimaty te same jak zawsze, hello, whe you fom - i tak zawsze mylą Poland z Holland). Poszliśmy na lokalny targ przypraw i trochę zrobiliśmy zakupów.

Ewakuacja z Bikaneru. Tuk-tuka mieliśmy umówionego i bardzo dobrze, bo pod hotelem żaden nie stał. Pociąg marki western już na nas czekał. Na naszych miejscach leżała rodzinka z dzieckiem, więc siedliśmy na pierwszych wolnych siedzeniach. Brud niemiłosierny, pociąg bez szyb, a wiatr zawiewał cały czas piach z pustyni. Wczoraj czytałem gazetę, w której gospodyni domowa wypowiadała się, że ma dużo sprzątania spowodowanego wiejącym wiatrem i z utęsknieniem czekają na deszcz. Taka mała wzmianka z lokalnej prasy.... Po 7 godzinnej jeździe wyglądaliśmy jak piaskowe dziadki.

Dzisiaj wynajęliśmy samochód i pojechaliśmy zwiedzać forty. Do najsłynniejszego fortu Amber można wjechać na słoniach, ale że my stronimy od zwierzaków, więc sobie darowaliśmy tę atrakcję. Nie wyglądało to zbyt zachęcająco. Krótki podjazd, a słonie mało umalowane. Żeby tylko wyciągnąć kasę od turystów. Same forty warte zobaczenie, ale bez szału, zobaczyć dwa i spokój na całe Indie. Podjechaliśmy później w kilka miejsc, które leżą z dala od centrum, żeby jutro skupić się tylko na starym mieście. To ostatnia rzecz jaka mamy do zaliczenia w Jaipurze, wiec będzie można w końcu się wyspać.

Trafilismy do Agry. Przecież Indie kojarzą się przede wszystkim z Tadż Mahal, więc nie można było tej atrakcji sobie darować. Oprócz Tadź trzeba również zobaczyć Czerwony fort, Itmad-Ud-Daulah czyli mały Tadż Mahal. Ja najmilej będę wspominał wizytę w meczecie Jama Masjid, w którym zrobiliśmy trochę zamieszania w Madresie w czasie nauki Koranu. Kiedyś może większy opis, teraz tylko najważniejsze wiadomości z wiki.