Copyright 2015 Tomasz Wyrwas. All rights reserved

Kutaisi

Opublikowano: środa, 24 lipiec 2019

Lotnisko w Kutaisi jest bardzo małe (ale rozbudowa trwa), więc szybko odebraliśmy bagaże z taśmy i przywitaliśmy się z naszym kierowcą wysłanym z hotelu. Czekał na nas z kartką z wypisanym moim nazwiskiem, wśród tłumu innym panów z karteczkami w rękach. Za 10 euro zabrał nas z lotniska w polu, oddalonego 20 km od trzeciego co do wielkości miasta Gruzji (147 tys.).

Pogoda nieciekawa, padał deszcz, droga nieoświetlona, a kierowca z syndromem Kubicy. Dużo nie pogadaliśmy, bo nawet po rosyjsku nie gawarił. Best Guest House w Kutaisi zarezerwowany przez booking prowadzą bardzo sympatyczni gospodarze mówiący po rosyjsku, a córki ogarniają biznes po angielsku. Hostel popularny wśród Polaków i Czechów. Pokój bardzo czysty 45 GEL ze wspólną łazienką. Jakoś dobrze nam się trafiło, bo nie mieliśmy przez pobyt problemów z dostępnością do przybytku czystości. Dużą zaletą jest dobra lokalizacja i cisza.

Pierwszy dzień spędziliśmy na zwiedzaniu miasta i załatwieniu kilku ważnych spraw, jak wypłata pieniędzy z bankomatu, zapełnienie żołądków i kupno karty telefonicznej (10 GEL karta i drugie tyle za doładowanie – trzeba mieć paszport).

Znaleźliśmy za teatrem postój marszrutek (shared taxi) i za 1 Gela ruszyliśmy do największej atrakcji znajdującej się 10 km od miasta - Monastyru Gelati. Nasz kierowca startował o 11, a że byliśmy wcześniej to mieliśmy miejsca siedzące. Ci, którzy przyszli po nas musieli już te 15 minut przestać. Na miejscu mieliśmy tylko 40 minut, bo o 12 nasz kierowca wracał do centrum, więc trzeba było się sprężyć.

Monastyr został ufundowany w 1106 przez króla Dawida IV Budowniczego. Legenda mówi, że król osobiście brał udział w budowie. Po śmierci został tam pochowany. Zapewne monastyrów będziemy mieli jeszcze dosyć, ale ten naprawdę robi wrażenie, czuje się historię tego miejsca. Będąc w małym pomieszczeniu spotkaliśmy głównego bossa, tego miejsca. Klasycznie – teraz wchodzę ja ubrany cały na biało. Bardzo miły człowiek, zamienił z nami kilka zdań i co najważniejsze nie miał nic przeciwko, żeby zrobić mu kilka fotek (nawet z Agą).

Po powrocie do miasta weszliśmy do Muzeum Chwały Wojskowej. Muzeum najlepiej prezentuje się od ulicy, bo ma odświeżoną fasadę, natomiast w środku bardzo skromnie. Oczywiście chodzi mi o eksponaty, które zgromadzone są w kilku małych gablotach, a większość zajmują reprodukcje zdjęć. Muzeum zostało uzupełnione o ścianę ze zdjęciami z wojny o Abchazję 1992-93 oraz inwazję Rosji w 2008. Dwie panie, które oglądały telewizor wpadły w popłoch, że turysty chcą zobaczyć działające od 1975 roku muzeum. Zwiedzanie za darmo, więc dopiero gdy upewniła się, ze na pewno chcieliśmy tutaj wejść, zapaliła światło. Pani przedstawiła się jako nauczycielka historii, więc jako ekspertkę można było posłuchać. Nie zgadzaliśmy się co do osoby chyba najbardziej znanego Gruzina, pana Dżugaszwili i każda ze stron pozostała na swoim stanowisku. Kustosz wiedziała o pakcie Ribbentrop-Mołotow, no ale co mógł zrobić biedny miś. Ten Hitler to był zbrodniarz i kawał łobuza, a Stalin przecież wyzwoliciel. No tak nakładli kobiecie do głowy, więc nawet nie próbowałem jej przekonywać, że to zły człowiek był i basta. Na koniec rozeszliśmy się w przyjaźni (nawet się wyściskaliśmy), bo Polacy to dobrzy ludzie i Gruzini pamiętają Lecha Kaczyńskiego, że stawił się za nimi jak Putin ich najechał. Drugie skrzydło muzeum - walki o Krym w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej - mamy zostawione na kolejny pobyt. W tej części nie działało światło...

Wizyta na targu to również obowiązkowy punkt programu w Kutaisi. Nie mają UE, więc jeszcze wygląda to tak jak pamiętam rynek u nas w latach 80. Cudnie. To tutaj można kupić miejscowe wyroby. My kupiliśmy własnej roboty koniak (10 GEL za 0,5 l.) – na czaczę, miejscowy bimber jeszcze poczekamy.

Na koniec naszego zwiedzania pojechaliśmy taksówką za 4 GEL na górę po drugiej strony rzeki do Katedry Bagrati. Stąd rozpościera się przepiękny widok na Kutaisi, dla którego warto tam się zjawić. Sama katedra odnowiona za bardzo i szału nie ma. Przy okazji panoramy miasta można ją zobaczyć (była wpisana również, jak Monastyr Gelati, na listę Unesco, ale za zbyt gruntowną przebudowę zabrali im ten zaszczyt).

Wieczorem zdecydowaliśmy się, że pojedziemy w góry Swaneti, więc zarezerwowaliśmy wycieczkę i o 9 rano czekaliśmy na kierowcę.

 

Odsłony: 136